Strona główna
Drukuj
Dodaj zakładkę
Rozdział I
Dawno już minęła północ, gdy Stanisław skończył tę dziwną opowieść. W sąsiednich izbach, gdzie spało jego pięcioro dzieci, panowała kompletna cisza.
Tu, gdzie był, też nic jej nie mąciło. W tej niecodziennej ciszy, u jego nóg, siedziała żona Marysia.
Wstrząsające musiało być to, co usłyszała, bo długo nie zabierała głosu. Stanisław nie ponaglał jej, choć niecierpliwie czekał na to, co wcześniej, czy później musiał usłyszeć. Wiedział, że z punktu widzenia żony wiele ma
na sumieniu, choć winnym się nie czuł. Zdawał sobie sprawę, że roztropna zawsze Marianna musiała mieć czas na zebranie myśli, że nie łatwo jej teraz poukładać sobie wszystko w głowie.
Po wielu minutach wstała bez słowa. Stanisław milcząco wiódł oczyma za żoną, która skierowała się wprost do dworskiej kaplicy. Nie poszedł za nią. Pozostał w swoim fotelu. Pomyślałby ktoś, że zasnął. Siedział nieruchomo na
wprost kominka, z którego ostatnie już iskry uleciał ku gwiazdom. Nie podniósł się, by podtrzymać płomień, mimo dokuczliwego, porannego chłodu.
Świat, jaki budował, nagle legł w gruzach. Więcej, w gruzy rozsypał świat, jaki istniał wokół jego najbliższych. Wiedział, że sam, w pojedynkę musi udźwignąć ten ciężar. Jakże był teraz samotny!
Ze swymi problemami borykał się od wielu miesięcy, praktycznie od chwili, gdy dotarło do niego, o czym ludzie szepczą za jego plecami. Kiedyś sądził, że problemu nie ma, że nikt o niczym nie wie. Wszak jego dziadkowie
pokonali prawie tysiąc kilometrów aby uciec od ludzkich języków i chronić swoje dzieci.
- Jak się dowiedzieli? - po raz tysięczny zadawał sobie to pytanie i nijak nie mógł znaleźć odpowiedzi. Bardziej mógł zrozumieć, czemu to przez dziesięciolecia panowała pozorna cisza. Pozorna, gdyż to do rodziny Kilisiów nic
nie docierało. Żyli, jak gdyby za szczelną zasłoną. Nikt nie śmiał w ten niespokojny czas powiedzieć tego dziedzicowi prosto w twarz. Za to za plecami gadać musiał nie jeden....
- Co teraz, jak dalej żyć - zastanawiał się i znajdował tylko jedno wyjście - kolejny wyjazd w świat.
Gdy prawie sto lat wcześniej jego dziadowie opuszczali rodzinne gniazdo aby osiedlić się na północy Korony, musieli pogodzić się z tym, że z litewskich kniaziów staną się podrzędnymi dziedzicami, jakich w Rzeczypospolitej
tysiące. Kurlandia, w której wychowywali się, pozostała dla Stanisława już tylko mglistym wspomnieniem przodków. Z czym teraz wyjadą, jakie dobra zdołają nabyć u celu podróży? Wątpliwości narastały, ale Stanisław nie chciał
dalej zwlekać. Musiał zacząć działać. Mimo wszystko stres nie przysłonił mu zdrowego oglądu sytuacji. Musiał i chciał być roztropny. Tylko tak mógł mieć pewność, że plotki znów nie pójdą tropem jego rodziny.
Miał swój plan, chociaż o jego szczegółach nie rozmawiał nawet z ukochanym bratem. Jeszcze jesienią rozpowiedział wszystkim, że jedzie w interesach do Prus. Owszem, wyjechał. Tyle, że po trzech dniach drogi skręcił wprost na
południe.
Wielotygodniowa podróż do serca Polski nie należała do najłatwiejszych. Ludzie doświadczywszy okrucieństw ostatnich wojen nauczyli się nieufności wobec obcych, a często i sami przejęli zachowanie tych, przed którymi chronili
swe życie. Podróżnik starał się nocować we dworach i napotkanych klasztorach. Tam przynajmniej nie musiał obawiać się o życie. Zdarzało się jednak, że koniecznym stawało się wejść do wiejskiej chaty i tam prosić o strawę czy
wodę. Nie ze złej woli, ale ze zwykłej trwogi częstokroć witany był wręcz wrogo. Ludzie widzieli w nim tylko obcego, który burzył ich spokój. Mimo wszystko, samotnie wędrujący szlachcic zbliżał się do celu swej misji.
Przebywszy taki szmat drogi poznał warunki życia i obyczaje dotąd obcych sobie ziem. Nie omieszkał też rozpytywać o ziemię czekającą na kupca. Owszem, dawało się takową znaleźć, ale jej cena, tu w pobliżu stolicy, była
znacznie wyższa. Przeprowadzka wiązała się więc z kolejną utratą społecznego znaczenia.
Utrata mienia, na który pracowały pokolenia, nie była jedynym zmartwieniem. On sam, niemłody już człowiek, a czuł się czasami tak bardzo samotny. Nigdy nie poznał swej dalszej rodziny. Pozostali daleko stąd. Tam, gdzie bezpiecznie dostać się można było tylko przez małą część roku.
Ci, którzy opuścili swe dziedzictwo, w nowej ojczyźnie na zawsze pozostali przybyszami z "dzikiej Litwy". Miejscowi, zarówno szlachta jak i chłopi, nigdy ich do końca
nie zaakceptowali. Teraz on taki sam los ma zgotować swoim potomnym.
Zasnął, czy tylko tak głęboko wszedł w zakamarki swej duszy, że nie zauważał, co się wokół dzieje... Nikt nie mógł tego wiedzieć. Jednakowoż z odrętwienia tego wybudził go dopiero delikatny szept żony. Drżącą ręką delikatnie
gładziła jego mocno już siwe włosy. Drgnął zaskoczony. Powoli otworzył oczy, jakby bojąc się, co zobaczy na twarzy Marysi. To, co ujrzał przypominało raczej stojący nad nim, wykuty w skale posąg. Ciepłe, czułe wręcz
spojrzenie kontrastowało z niewymownie dziwnym wyrazem twarzy. Tak, musiał to być efekt tego wszystkiego, co w tej drobnej kobiecie działo się przez ostatnie godziny. Wrodzona delikatność, uczucie do męża, ale i troska o
dzieci, niepewność, a także i... Było coś, czego sama nie rozumiała i nazwać nie umiała. Musiała pogodzić się z czymś, czego nie rozumiała, musiała przyjąć los, na który nie była przygotowana i na który nie zasłużyła.
Marianna od najwcześniejszych swych lat lubiła i umiała o sobie decydować. Sprzeciwić się jej nie umieli ani rodzice, ani rodzeństwo. Tak też było, gdy w wieku zaledwie lat piętnastu poznała o osiem lat starszego od siebie
Stanisława Kilisia. Wbrew powszechnemu zwyczajowi, już rok później oświadczyła rodzicom, że to on właśnie będzie jej mężem. Nie zaprotestował nikt. Wiedziano, że Marysi nikt, nigdy, niczego z głowy perswazją nie wybił. Nic
zatem nie stanęło na przeszkodzie, by w maju 1698 roku Marianna i zakochany w niej Stanisław wspólnie stanęli przed ołtarzem. Mimo wszystko jednak, rodzice Marianny chyba do końca liczyli na to, że ich córka zmieni zdanie.
Zaręczyny bowiem ogłoszono dopiero 19 kwietnia następnego roku, w pierwszy dzień Wielkanocy.
Nikt, ani wówczas, ani w czasie hucznego wesela, nie wypomniał młodemu jego niepewnego pochodzenia. Cóż, może i czasy niespokojne odegrały tu niebagatelną rolę. Na północy wszystko tętniło przygotowaniami do wojny ze Szwecją,
a i niebiosa nie wróżyły niczego dobrego. Oto 23 września słońce zakryło swoją twarz tarczą księżyca. Zaćmienie było całkowite. Co prawda, wielu mówiło, że to tylko prawa przyrody, ale i tak szykowano się na najgorsze. Komu
więc było w głowie szukać sobie nowych wrogów?
Później też nie było spokojniej. Raz wyprawiano się na Szweda, to znów Szwed szedł na Kraków. Królów powoływano i i pozbawiano korony. Co rusz ktoś inny zawiązywał konfederację i chciał ratować kraj lub własne dobra. Ludźmi
rządził strach.
W końcu jednak przyszły spokojniejsze chwile i zapanowała jakaś nadzieja na spokojniejsze życie. Nadzieja ta była płonna, jednak na pewien czas pozwoliła zapomnieć o wiatrach historii. Może więc to, a może fakt,
że rodzice Stanisława nie mieli córek, a ich własne dzieci były jeszcze małe, powodowało, że nie plotkowano lub plotkowano znacznie ciszej. Teraz najgorsze przyszło niespodziewanie, zaatakowało po latach...
- Skoro tak zdecydowałeś, to pewnie i dobrze to już przemyślałeś...
Słowa te w zupełności wystarczyły Stanisławowi za całą odpowiedź.
- Taip kūdikis - szepnął i odetchnął z ulgą. Mimo to poczuł jakiś wewnętrzny niepokój. Ta dziewczyna bezgranicznie mu ufa. Tak, przemyślał wszystko, ale czy rzeczywiście wszystko musi układać się wedle jego planu? Czy nie
wydarzy się coś nieoczekiwanego i czy będzie na to przygotowany? Taaak... na pewno coś się wydarzy. Marianna tylekroć w ich wspólnym życiu próbowała wpływać na jego podjęte już decyzje, korygować je... Robiła to w cudownie
delikatny sposób, ale i to często godziło w jego męską dumę. Tym razem jednak nic takiego sie nie wydarzyło.
Po godzinach namysłu i modlitw przyszła i jednym zdaniem pogodziła się z tak nieoczekiwaną decyzją męża. Stanisław wiedział, że każda dyskusja, każde jego ustępstwo pozwoliłoby mu w przyszłości dzielić się także
odpowiedzialnością za wszelkie potknięcia i trudności. Byłaby to ich wspólna odpowiedzialność. Teraz został z tym ciężarem sam.
Marianna domyśliła się, że jej mąż jest myślami gdzieś bardzo daleko i nie dosłyszał pytania. Powtórzyła wiec głośniej:
- Twoi bracia też?
Na kilka minut musiało jej wystarczyć za całą odpowiedź głębokie westchnienie. - Nie, oni postanowili zostać - usłyszała po pewnym czasie kobieta. - Widzisz, Jan ma samych synów, może być spokojny. Niko chce żyć tu bez względu na wszystko. Inna sprawa, że ja nigdy tu
nie wrócę. Nie chcę ryzykować, że ktoś się czegoś domyśli, dowie. Ja tu nie wrócę - powtórzył - a ktoś musi zaopiekować się naszą matką, zmówić paciorek na grobie ojca czy dziadków. Niech tu żyją szczęśliwie, a nam trzeba w
drogę - dodał.
Marianna przycupnęła na mężowskich kolanach. Kilkakrotnie już chciała wypowiedzieć to dręczące ją pytanie i za każdym razem coś powstrzymywało, budziły sie rozterki. Nie chciała dokładać Stasiowi trosk. Jednak to, co ją
dręczyło, było zbyt silne.
- Czy ty mi nie ufasz? - zapytała z jakąś źle skrywaną rezygnacją w głosie.
Stanisław nie odpowiedział ni słowa lecz jego tak naturalnie zaskoczona mina zmusiła ją do wyjaśnień: - Bo widzisz, my już dwadzieścia lat jesteśmy razem, a ty mi dopiero teraz mówisz...
Stanisław potrząsnął gwałtownie głową. Można było odnieść wrażenie, że budzi się z głębokiego snu. - Nie, nie Maryś - niemal krzyknął. W jego głosie znaleźć można było zaskoczenie ale i jakąś naturalną nutę krzywdy. - Nie -
powtórzył. - Nikt nie wie skąd ta klątwa nad naszą rodziną. Ponoć wszystko zaczęło się w czasach Ausztoty. Któż to wie. Staram się trzeźwo myśleć, ale tu trudno nie dać wiary opowieściom o czarnej magii. Toteż prędzej już
wierzę w opowieść, iż wszystko zaczęło się od mojego przodka, który szedł walczyć pod kniaziem Vytautasem. Jego kochanka nie potrafiła wybaczyć, że opuszcza ją dla wojny a z magią obyta była od dzieciństwa. Podobno to on
pierwszy, po powrocie do domu...
Stanisław zawiesił głos, nie chcąc wypowiedzieć słów, które wypędzają go z domu. Zaraz potem zaczął się usprawiedliwiać: - Do tej pory było tak, że to ojciec, widząc taką potrzebę, brał na stronę syna i opowiadał te
nieszczęsną historię. Najczęściej nie mogło to uchronić od przeznaczenia, ale pokazywało, jak się bronić przed najgorszymi konsekwencjami. Żon nikt nigdy nie wtajemniczał. Tyś Maryś pierwsza... Aš pasitikiu, pasitikiu.
Dalszą rozmowę przerwał płacz dziecka. To najmłodszy syn Kilisiów dawał rodzicom znać z dziecięcej izby, iż nadszedł czas, aby ktoś się wreszcie nim zajął. Na chłopca wołano znanym powszechnie imieniem Wojtek, choć ksiądz
chrzcił go obco brzmiącym w Prusach Królewskich imieniem Wodzisław. Czemu? Tego już nikt nie wiedział i nie pytał. Że Stanisław był dziwakiem, wiedzieli wszyscy.
Kilisiowie mieli w domu opiekunkę do dzieci, staruszkę Karolę, która przed wieloma laty przywędrowała do ich dworu po miskę strawy. Gdy zachęcona hojnością gospodarzy poczuła się nieco swobodniej, Stanisław posłyszał od niej
dawno zapomniane a bliskie sercu słowa. Jego dziadkowie, chcąc zatrzeć ślady przeszłości, starali się spalić za sobą wszelkie mosty, więc i z językiem ojczystym nie ujawniali się do obcych. Zaledwie w domu dawało się słyszeć
czasami śpiewną mowę przodków. Z biegiem czasu tych swobodnie wypowiadanych zdań świadczących o przeszłości ubywało. Stanisław już tylko po polsku umiał się porozumieć, choć w chwilach słabości czy szczęścia, gdy nad
rozsądkiem górę brało serce, z jego ust dobywały się słowa, których sąsiedzi nie zrozumieliby.
Opowiadania Karoli rozrzewniły go, przeniosły w czasy spokojnego dzieciństwa. Tym sposobem stara żebraczka stała się niańką jego dzieci. Swoje decyzji nigdy też nie żałował. Kobieta dobrze pracowała na swój chleb.
Mimo to, rodzice starali się być przy dzieciach zawsze, gdy tylko było to możliwe, także w chwili pobudki, czy wieczornej modlitwy. Nic więc dziwnego, że płacz Wojtka postawił Mariannę na nogi. Zrobiła kilka kroków w jego
stronę, po czym zawahała się, stanęła.... Widać było, że nie bardzo wie, co dalej robić. Wreszcie ruszyła. Tyle, że nie w stronę dziecka. Poszła zawołać Karolę. Jeszcze tylko parę chwil i można było zobaczyć starowinkę
biegnącą wręcz po schodach w stronę, skąd dobiegał płacz. Owszem, zdarzało się, że to ona była pierwsza przy budzeniu się dziecka. Nigdy jednak nie zdarzyło się, aby w tym czasie, w domu obecni byli jego rodzice. Tego jeszcze
nie było.
Kobiecina pełna niepewności wsunęła się do dziecięcej izby, skąd w chwilę później dało się słyszeć: "Vardan Dievo Tėvo ir Sūnaus ir Šventosios Dvasios..." To rozpoczynała się poranna modlitwa.
Marianna wróciła do męża, który teraz z pewnym zaciekawieniem obserwował to, co działo się naokół. Siedząc w sali stołowej, przez wiele godzin miał przed oczyma tylko ścianę z kamiennym kominkiem. Teraz, gdy jego żona zostawiła
otwarte drzwi do sieni, odwrócił się i z zaciekawieniem śledził poranny ruch. Widział więc też powracającą do niego żonę.
Znów stanęła przed nim, zdecydowanie chwyciła za dłoń i, jak za narzeczeńskich czasów, pociągnęła za sobą gdzieś na zewnątrz.
Karola, która przegrała zmagania z ciekawością a może i zaniepokojeniem, podeszła do okna chcąc wybadać, co też się święci. To, co zobaczyła, nie uspokoiło jej, wręcz przeciwnie.
Przychodzi czasami taki dzień, w którym trzeba zrobić to, do czego zmusza nas sytuacja. Teraz właśnie Karola poczuła, że musi zrobić to, czego nigdy po dobroci by nie zrobiła. Musiała kogoś odwiedzić.
Dziedzic i niania jego dzieci nie byli jedynymi Litwinami w obejściu. Wystarczyło wyjść ze dworu, pójść na jego lewe skrzydło, by wśród krzaków bzu dostrzec inne, mniej eksponowane drzwi. To za nimi kryły się izby, w których
mieszkał młody Leszek. Wygląd jego gwarantował, iż liczył sobie nie więcej jak lat trzydzieści. Mimo to, liczbą dzieci przewyższał już swego pana. Zarówno w małej sionce, jak i na ubitej glebie wokół bzów,
niemal zawsze potknąć się można było o któreś z jego drobiazgu. Cóż więc dziwnego, że i tym razem na przedzierającą się przez wysoki próg Karolę wpadł jakiś szkrab. Lecąc jak kula armatnia, ledwie się spostrzegł, że właśnie
utknął był w wielkich połaciach długiej czarnej spódnicy. Kobieta była oddaną i dobrą nianią, ale dzieci Kilisiów były jedynymi, jakie tolerowała a nawet kochała. Resztę traktowała jak dopust Boski, a nawet najgorszą zarazę.
Szkrab, gdy tylko zdołał się wyplątać, stanął jak wmurowany. Oboje, ona z ogromnej swej wysokości, dzieciątko, niewiele wyższe od progu, z dołu, popatrzyli na siebie z miną jakiegoś obrzydzenia. Dzieciak miał jednak szczęście.
Karola na tyle się śpieszyła, że nawet na trzepnięcie brzdąca w łeb szkoda jej było czasu.
Leszka nie lubiła prawie tak samo, jak jego dzieci i przyznać trzeba, że uczucie to było w pełni odwzajemnione. Wiele mieli wspólnego. Oboje służyli wiernie temu samemu panu, w obojgu płynęła krew litewska. Niestety, Leszek mimo
młodego wieku, był najwierniejszym zausznikiem Stanisława Kilisia.
Skąd się wziął, trudno by zgadywać. Ponoć już dziadek Stanisława darzył specjalnymi względami Leszkowego przodka. Nie mieszkali wówczas pod wspólnym dachem, ale niejednokrotnie widywano ich na dyskretnych spotkaniach czy wspólnych wyprawach. Gdzie? Któż to wiedzieć może...
Dopiero paręnaście lat temu Stanisław wygospodarował w swoim dworze lokum dla przedwcześnie osieroconego Leszka. Ojciec jego, wtedy już wdowiec, wyjechał gdzieś w świat i słuch wszelki po nim zaginął. Chłopak przez pewien czas mieszkał u brata. Ten jednak wyprawił się z wojskami Augusta II i nie powrócił z kolejnej bitwy. Tym sposobem Leszek trafił pod bezpośrednią kuratelę domu Kilisiów.
Karola rozum swój miała i wiedziała więcej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Z pewnością też wiedziała więcej, niż wiedzieć powinna. W sobie wiadomy tylko sposób odkryła już dawno temu, że Leszkowy ojciec zaginął podczas wyprawy zleconej mu przez Stanisława, brat zaś służąc ojczyźnie, wykonywał też inne zadania.
Obecna pozycja młodego Litwina wynikała zatem ze swoistego długu wdzięczności, jaki przez ostatnie lata zaciągnęli Kilisiowie. Staruszka kombinowała jednak, że czym innym jest opieka nad osieroconym w służbie człowiekiem, a czym innym obdarzenie go pełnym zaufaniem i czynieniem z niego swego zausznika.
Co innego mogło za tym się kryć, niż to, że ten wielkolud też pełnił rolę, jaką przyszło odgrywać innym z jego rodu.
- Sėsk! – zakomenderowała babina, gdy tylko znalazła się w izbie. Gospodarz tak był zszokowany tą niespodziewaną wizytą, że siadł posłusznie nie mówiąc ni słowa. Początkowo rozmowa tej przedziwnej pary toczyła się ledwie dosłyszalnym szeptem, by z czasem przerodzić się w głośną sprzeczkę. Nie musieli obawiać się, że zostaną przez kogoś podsłuchani. Mieszając słowa rodem z dialektów litewskich i ruskich z polskimi mimowolnie stawali się niezrozumiałymi dla nikogo. Sami jednak rozumieli się wybornie, choć ich rozmowa nie prowadziła do porozumienia.
O ile Leszek starał się udawać spokój, o tyle Karola przeczuwając nadejście strasznych wydarzeń nie wyobrażała sobie, aby mogła spokojnie pozostać w błogiej niewiedzy. Tym gorsze to było dla niej, że czuła przecież, iż dotyka ją jakaś niezasłużona krzywda. Tymczasem ten młokos też coś przed nią ukrywa, a to przecież ona, Karola powinna być najbardziej zaufaną powierniczką swych państwa.
Kilisiowie spędzili noc całą w stołowym a na dodatek ona musiała zająć się dziećmi! Mało tego, już wczesnym rankiem wyszli przed budynek prowadzając się jak narzeczeni! Gdyby te dziwy miały wróżyć coś dobrego, nie mieliby tak posępnych min. Rozmyślając tak trafiła na powrót do swojej izdebki, gdzie wkrótce jej ciekawość miała zostać zaspokojona. Tymczasem borykała się z wątpliwościami nie przeczuwając nawet ogromu problemów, jakie się zbiżały.